Powrót

[„CUDOWNA MELINA” - WYDANIE KRAJOWE, chyba 1989 – recenzja:]

18 lat po napisaniu, 16 lat po pierwszej edycji w paryskim Instytucie Literackim ukazuje się oficjalnie „Cudowna melina”, powieść niewielka rozmiarami, otoczona za to legendą i to nie wyłącznie środowiskową. (…) Podobnych książek, przynależnych do – nazwijmy go – obywatelskiego nurtu literatury, pisanych w trosce o stan społeczeństwa, jego morale powstawało w początkach lat 70. więcej. Nie wzbudzały one większego zainteresowania tzw. czynników politycznych ani cenzury. Z „Cudowną meliną” było inaczej. Dlaczego? (…) Niemal wszyscy autorzy przyczyn rozpanoszonego w kraju zła szukali na różnych szczeblach władzy z pominięciem jednego – partyjnego. Orłoś nie miał złudzeń ani też nie widział powodu, by z sekretarza PZPR robić na siłę „jedynego sprawiedliwego”. Przeciwnie, sekretarz Miedza z „Cudownej meliny” jest wyjątkowo odrażającym typem: złodziejem, głupkiem i chamem, z na tyle jednak silnymi „plecami”, tak mocno tkwiącym w układach, że próby usunięcia go z zajmowanego stanowiska muszą skończyć się niepowodzeniem. Ta gorzka, a przecież z dzisiejszego punktu widzenia bardzo żywa i daleka od nadmiernych emocji książka, gdyby ukazała się w swoim czasie, mogłaby spełnić rolę terapeutyczną. Dziś jest świadectwem pisarskiej uczciwości, a także – zważywszy na perypetie z wydaniem „Cudownej meliny” - asekuracji i tchórzostwa ludzi, którzy tę powieść przez tak wiele lat skutecznie blokowali.
Krzysztof Masłoń, Bestsellery „Życia”. Książki „z poślizgiem”. „Życie Warszawy” 1989, nr 77, s. 5.

[„CUDOWNA MELINA” - WYDANIE PARYSKIE, 1973 – pierwsza i chyba jedyna publiczna „recenzja” krajowa:]

(…) O czym jest ta książka? O jednym z polskich miast powiatowych, ściślej mówiąc, o władzach tegoż miasteczka. Czytając ją odnosi się wrażenie, że autor jej w życiu w Polsce nie był, a wiedzę o naszym kraju czerpał z wszelkiego rodzaju wrogich nam publikacji. Albo ujmując rzecz inaczej, że jest doskonale zorientowany w sprawach naszego kraju, tylko za nic nie chce widzieć zjawisk pozytywnych mających w tym kraju miejsce. Tak czy inaczej lektura tej książki jako żywo przypomina lekturę masowo wydawanych przez wrogą propagandę wszelkiego rodzaju publikacji o Związku Radzieckim. Ani tu, ani tam nie chodzi bowiem o rzeczowe , obiektywne podawanie faktów, lecz zgromadzenie jak największej ilości bzdurnych, czasami wręcz z palca wyssanych wiadomości, których jedynym celem jest zohydzenie przedmiotu opisywanego. W naszym wypadku Polski. (…) Dlaczego zajmujemy się tak szeroko książką, która – mówiąc szczerze – nie jest tego warta. Ot, dziełko na „nie”, popełnione na bardzo miernym poziomie literackim. Stworzone metodą negatywnej selekcji faktów, dobieranych umiejętnie, podpartych niby to znajomością polskich realiów współczesnych (skąd autor wygrzebał granatowe, gimnazjalne mundurki z błyszczącymi guzikami w roku 1971?). Dziełek takich (…) wydawanych za granicą jest już sporo. Wszystkie one miały cel jeden: opluć wszystko, co się w naszym kraju opluć da, zohydzając tym samym wszystko, co w Polsce socjalistyczne czy z socjalizmem związane. Socjalizm jakoś od tego popluwania nie zawalił się w Polsce. Wprost przeciwnie. Krzepnie. Jesteśmy więc przekonani, że i wstrząsające dzieło Kazimierza Orłosia nie doprowadzi do katastrofy. Na zasadzie porzekadeł, że pies szczeka, a karawana idzie dalej.
Rzecz jest godna uwagi w innym aspekcie. Książka K. Orłosia jest klasycznym przykładem produktu, który swe inspiracje czerpie z negacji. Z totalnej, absolutnej, obłędnej negacji wszystkiego, co się w naszym kraju dzieje. Bo, jak twierdzą poniektórzy, arcydzieło literackie może narodzić się tylko z negacji. Z negacji czego? Przede wszystkim socjalizmu. A że trudno w tej chwili oddzielić to, co socjalistyczne, od tego, co narodowe, polskie, więc wnioski nasuwają się same. Popluwanie ma charakter antynarodowy, antypolski.
Ludzie pokroju K. Orłosia szermują jeszcze innym hasłem: arcydzieło literackie może narodzić się tylko w atmosferze całkowitej wolności twórczej. Wolność! Piękne słowo, nie przez wszystkich jednakowo rozumiane. Nie ma potrzeby zajmowania się definicją słowa „wolność”. Zrobiono to już nieraz [sic!] i w sposób absolutnie wystarczający. Wolność w rozumieniu Orłosia to bezkarne, swobodne popluwanie na wszystko, co się w naszym kraju dzieje, począwszy od samej idei socjalizmu, a skończywszy na śniegu, który w ich dziełach pada zawsze brudny, szary. No bo jakiż ma padać u komunistów? Wolność w jego rozumieniu to bezkarne, swobodne obrażanie ludzi, którzy na co dzień, z wysiłkiem, samozaparciem budują gmach, któremu na imię Ojczyzna. Wolność to swoboda obrażania inteligentów i robotników, nauczycieli i chłopów, działaczy partyjnych i młodzieżowych, milicjantów, kierowców, zamiataczy ulic. Słowem wszystkich. Nawiasem mówiąc, książka K. Orłosia, wydana w Paryżu, czyli według niego w atmosferze całkowitej wolności, również arcydziełem nie jest, więc coś tu nie gra. Sprawa jest chyba jasna – z popluwania, choćby najbardziej obfitego, nie utworzy się jeziora o krystalicznie czystej wodzie.
(…) Książka Orłosia przypomina western. I to western na bardzo podłym poziomie – strzelanina na ulicach miasteczka, pijana od rana do wieczora znakomita część obywateli, z przedstawicielami władzy na czele, sadyści nauczyciele, lekarze patrzący tylko na zarobek, zastraszeni obywatele, ograniczeni milicjanci, a jeśli już ktoś w miarę uczciwy, to głupi, ograniczony. Pijaństwo, rozpusta, głupota, dorobkiewiczostwo i tak dalej, i tak dalej. Przy lekturze tego dzieła musi nieodparcie nasunąć się pytanie: kto w takim razie zrobił to wszystko, co w naszym kraju zostało zrobione? Czyżby ci zapijaczeni osobnicy?
Na to pytanie książka K.Orłosia nie udziela odpowiedzi. I nie udzieli. Bo nikt z autorów podobnych Orłosiowi nie jest zainteresowany tym, żeby nasz kraj i jego problemy pokazać w sposób obiektywny. Nie wydawano by ich wówczas w Paryżu. (…)
Jerzy Grzymkowski, Popluwanie.
„Barwy”. Mazowiecki miesięcznik społeczno-kulturalny. Rok VI 1973, nr 5(55), s. 1, 3.


(…) Orłoś stosuje w swej książce chwyt z Gogolowskiego „Rewizora”. Po krótce: do miasteczka powiatowego przyjeżdża świeżo wypuszczony z więzienia oberwaniec, spodziewając się pomocy od kolegi szkolnego, piastującego poczesne stanowisko (przewodniczący Rady). Ówże przewodniczący, idealista bez skazy i zmazy, szukając sposobu, aby zdemaskować bandę szubrawych notabli powiatowych, chce skorzystać z okazji i zażyć tę bandę z mańki. Postanawia wprowadzić oberwańca do wysokiego grona jako przybyłego na reportaż dziennikarza; z oberwańca robi się więc przebieraniec i zrazu dziwna ta impreza udaje się. Do czasu wszelako. Oberwaniec-przebieraniec, drobny zresztą łajdaczyna, dowiaduje się wprawdzie o różnych świństwach i wręcz kryminalnych poczynaniach, ale w końcu powija mu się noga: sam zostaje zdemaskowany, idealista zaś (…) skompromitowany zdemaskowaniem przebierańca, musi umykać z miasteczka.
Podobnie jak Gogol w „Rewizorze” daje więc przy okazji Orłoś wiele tak zwanego kolorytu lokalnego, wiadomego, widomego i sprawdzalnego: zapijaczenie, chciwość, obleśne seksualia, złodziejstwo; także nieudolną gospodarkę i brak cywilizowanej administracji; a także bezradność jedynego pojawiającego się w tekście człowieka dobrej woli; a także komizm, kiedy się zapada w czasie pochodu majowego trybuna, zbudowana z wybrakowanego materiału; a także smutek, kiedy Bogu ducha winny hippie opuszcza miasteczko, ponieważ dygnitarz połamał mu gitarę. (…)
[Orłoś] powiadamia (…) czytelnika, że dobrymi chęciami i nawet poczynaniami wiadomego stanu rzeczy się nie ulepszy; że życia w wiadomych warunkach nie da się uczynić znośniejszym; że przeciwnie, wszelkie poruszenia ku lepszemu powodują głębsze jeszcze zanurzenie w bagnie tego, kto się w bagnie porusza. (…)
Witold Wirpsza, Gogolowskie składniki. „Kultura” (Paryż) 1973, nr 4, s. 135-137.

Powrót