Powrót

Kilka słów od autora o powieści "Dom pod Lutnią"

Napisałem ten tekst nie tylko dlatego, że uznaję "Dom pod Lutnią" za ważną książkę w moim dorobku pisarskim, ale też dlatego, że kilka spraw warto wyjaśnić.

Główna postać - Józef Bronowicz - jest oficerem 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich. To człowiek z pokolenia moich rodziców - ludzi urodzonych na przełomie wieków XIX i XX. Chciałem napisać o losach ludzi z tego pokolenia. Przeżyli dwie wojny światowe, wojnę z bolszewikami w dwudziestym roku, wrzesień trzydziestego dziewiątego, powstanie warszawskie. Mój bohater w roku trzydziestym dziewiątym trafił do oflagu. Dlatego po wojnie był w mniejszym stopniu narażony na aresztowanie niż oficerowie wracający z Zachodu lub żołnierze AK. Ale musiałem dobrze poznać dzieje 14 Pułku Ułanów. To ten Pułk 19 września szarżował pod Wólką Węglową, żeby przebić drogę do Warszawy resztkom Podolskiej Brygady Kawalerii. W ostatniej szarży polskiej kawalerii. Myślę, że jej uczestnicy, ułani - by użyć jednego wielkiego słowa - byli autentycznymi bohaterami, o których mało wiemy.

Poznałem dzieje tego Pułku z wydanej w Londynie, w roku 1988, monografii "Dzieje Ułanów Jazłowieckich".

Córka Józefa Bronowicza była sanitariuszką w powstaniu warszawskim. Jej męża, także żołnierza AK, aresztowało UB, już jako studenta Politechniki Warszawskiej, po wojnie. Dzieje tych młodych AK-owców - opisany moment aresztowania, fikcyjny proces, o którym wspominam - opisałem po lekturach, ale także po rozmowach z mężem mojej kuzynki, żołnierzem AK z Żoliborza, po wojnie aresztowanym i odsiadującym kilkuletni wyrok we Wronkach. Te rozmowy były dla mnie bardzo cenne. Sam pamiętam trochę czasy stalinizmu po wojnie, jednak byłem wtedy nastolatkiem i nie miałem takich doświadczeń.

Bardzo cenne były dla mnie rozmowy o sytuacji na Mazurach w latach 1949 - 50 ubiegłego wieku. Jako chłopak jeździłem z rodzicami na wakacje na Mazury - trzykrotnie, od roku 1948 do 50. Do wioski, wtedy nazywanej Krutynią, nad rzeka Krutynią. Byli tam jeszcze Mazurzy - autochtoni, przeważnie kobiety i dzieci. Mężowie, ojcowie, bracia zginęli na wojnie lub nie wrócili z niewoli. Moje Mazury z tamtych lat, to przede wszystkim wakacje, beztroska, przyroda. Jeziora, rzeka, lasy. Grozę stalinowskich czasów przeżywali dorośli - rodzice, starsi kuzyni. Również Mazurzy. Musiałem więc upewniać się, wyjaśniać, jak np. działało na Mazurach w tamtych latach UB, administracja, jakie były tzw. dostawy obowiązkowe? Lub - z innej dziedziny - jak wyglądały nabożeństwa w luterańskich kościołach, jak lekcje w wiejskich szkołach? I tu pomogły mi lektury i rozmowy z ludźmi, którzy tamte czasy pamiętali, znali z autopsji lub byli historykami, znawcami problematyki Mazur powojennych.

Moja znajomość koni, jazdy na koniach, co w powieści wiele razy opisuję, nie była mocna. Kilka razy siedziałem na koniu, jechałem, kłusowałem nawet, ale to za mało. Dlatego kilkakrotnie odwoływałem się do rad i opinii mego bratanka, Marka Orłosia - jeźdźca i trenera (jest synem mego brata stryjecznego - znanego jeźdźca i olimpijczyka - Andrzeja Orłosia).

Nie ustrzegłem się, oczywiście, błędów, z których istotny można znaleźć w rozmowie Bronowicza z córką. Rozmawiają o sytuacji w kraju w roku 49, u progu lat 50. "To koniec złudzeń, Joasiu - mówi pułkownik. - Będą z nami robili, co zechcą, co im każe Stalin". Ale uzasadniając swój pesymizm Bronowicz wspomina o "sfałszowanych wyborach grudniowych" w roku 47. Tymczasem wybory były w styczniu tegoż roku. Nie mógł zatem w grudniu głosować w gminie, na Mazurach, jak twierdzi. W styczniu był jeszcze w Warszawie. Czyżby, po dwóch latach, pamięć zawiodła mego bohatera? Dlaczego córka Joanna nie protestuje : "Tato, głosowałeś z nami, w Warszawie!". Luki w pamięci Bronowicza lub roztargnienie córki nie są dostatecznym usprawiedliwieniem. Mogę jedynie powoływać się na to, że powieść rządzi się innymi prawami niż te, jakie obowiązują historyków. Tu wszystko jest możliwe.

Klimat, atmosfera są z mojej pamięci. Z tamtych powojennych wakacji chłopca, które wspominam, jako jasne i słoneczne. To dlatego mój drugi bohater, wnuk Bronowicza, Tomek, przywieziony z Warszawy pod opiekę dziadka, żyje w takim właśnie świecie : sielanki, przyrody i pierwszych chłopięcych inicjacji. Nieświadomy, że świat dorosłych jest inny. Bo chociaż rany wojenne zabliźniły się, to pamięć o wojnie jest żywa, tak samo obecna, jak obawa przed represjami czasów stalinizmu.

Postacie w mojej książce, jak w każdej powieści realistycznej, są wzięte z życia, mają swoje wzory (np. kobiety Mazurki i chłopcy, mazurscy koledzy Tomka). Jednak nie pisałem reportażu. Podpułkownika Józefa Bronowicza nie było w Pułku Ułanów Jazłowieckich. Jest postacią fikcyjną. Ale takich mężczyzn, jak on, byłych oficerów armii przedwrześniowej, także kawalerzystów, pamiętam. Spotykałem w kręgu rodziny i przyjaciół. Rozmawiałem z nimi. Wszyscy już nie żyją. Stąd "Dom pod Lutnią" jest także opowieścią o ludziach, którzy - przywołując tytuł wspomnień Stanisława Mackiewicza - "odeszli w zmierzch".

Spotykam się z zarzutem, że moja powieść jest zbyt "sielankowa", że obraz czasów stalinowskich jest nieprawdziwy. Nie oddaje grozy i nędzy ludzkiej egzystencji w tamtych latach. Przyjmuję ten zarzut ze zrozumieniem, jakkolwiek wydaje się zabawny, gdy mówią to ludzie, którzy urodzili się po wojnie, w PRL Gomułki lub Gierka. I którzy czasy przełomu, lat czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku, znają z lektur, opowiadań rodziców i własnych wyobrażeń.

"Dom pod Lutnią" jest przede wszystkim powieścią o więzach międzyludzkich. Przynajmniej ja, jako autor, tak uważam. Stalinizm, Mazury powojenne są jedynie tłem. Myślę, że ludzie, którzy tamte lata przeżyli, wiedzą, że można być "szczęśliwym w nieszczęśliwych czasach".

Na koniec kilka podziękowań:

Przede wszystkim Wydawnictwu Literackiemu: Pani Prezes Annie Zaremba oraz Redaktorom - Krzysztofowi Lisowskiemu, z którym współpracujemy od lat, Pani Redaktor Naczelnej Małgorzacie Nyczowej, a także wszystkim, którzy pracowali nad wydaniem książki - dziękuję za cierpliwość. Kilkakrotnie przekładałem termin złożenia powieści, naruszając zobowiązania umowy.

Marii Lubienieckiej, naszej przyjaciółce z Wrocławia, córce oficera kawalerii przedwrześniowej, dziękuję za przesłanie monografii "Dzieje Ułanów Jazłowieckich". Jak również za wszystkie cenne uwagi o kawalerii, koniach i kawalerzystach.

Wspomniałem już, jak cenne były dla mnie rozmowy z mężem mojej kuzynki, Wacławem Nowowiejskim, żołnierzem AK i powstańcem z Żoliborza, aresztowanym po wojnie i odsiadującym wyrok w stalinowskim więzieniu we Wronkach. Opowiadał mi o atmosferze tamtych lat, opisał moment aresztowania, fikcyjny proces. Za te rozmowy i rady serdecznie mu dziękuje.

O sytuacji na Mazurach, w latach 1949 - 50, wielokrotnie rozmawiałem z pracownikami Muzeum Ziemi Piskiej w Piszu: Dietmarem Serafinem i Waldemarem Brendą. Bez ich cennych uwag wiele przeoczyłbym i stracił. Za wszystkie rozmowy im również składam podziękowanie.

Mojemu bratankowi Markowi Orłosiowi dziękuje za rozmowy o koniach, nauce jazdy, zachowaniu koni. Konsultacje z Markiem były również bardzo cenne.

Jest w mojej powieści wiele słów i zdań niemieckich, co zrozumiałe - Mazurzy mówili po niemiecku. Wszystkie dialogi zostały opracowane przez Ninę Kozłowską, przyjaciółkę z Monachium, znakomitą tłumaczkę z polskiego na niemiecki m. in. Herlinga-Grudzińskiego, Leszka Kołakowskiego i Czesława Miłosza. Dzięki niej nie miałem wątpliwości, że niemieckie zdania brzmią dobrze i nie wymagają korekty, za co serdecznie jej dziękuję.

Panu Romualdowi Niedzielko z Instytutu Pamięci Narodowej oraz Pani Marii Buczyło, znawcom języka ukraińskiego i Ukrainy, dziękuję za pomoc w opracowaniu zdań ukraińskich, tekstów piosenek i użyciu właściwej pisowni w dialogach.

Muszę, oczywiście, podziękować mojej żonie, za to, że cierpliwie, odcinkami, można powiedzieć przez miesiące i lata, przepisywała moją powieść w komputerze. Jej wszystkie uwagi były bardzo cenne.

Jest jeszcze człowiek, któremu zawdzięczam pierwszą myśl o napisaniu "Domu pod Lutnią". To nasz wieloletni przyjaciel z Mazur współczesnych, doktor Jerzy Kruszelnicki, wybitny przyrodnik związany z Mazurskim Parkiem Krajobrazowym. Jerzy jest chodzącą encyklopedią przyrody mazurskiej.

Mój przyjaciel, jako mały chłopiec, przebywał pod opieką dziadka, byłego kawalerzysty, na Mazurach. Opowiadał mi o tym. Również o tym, jak jego matka chciała go zabrać od dziadka i wywieźć do miasta, a on uciekł na łąkę i przespał noc wtulony w krowi brzuch. Te scenę opisałem w mojej książce. Jest autentyczna. Jurkowi Kruszelnickiemu, za wyjątkowy impuls do pisania, bardzo dziękuję.

I w końcu muszę wspomnieć o tych wszystkich, którzy mnie wspierali przy pisaniu, interesując się i pytając o książkę. Z którymi o książce rozmawiałem. Bez życzliwych, bliskich osób, bez ich zainteresowania i pytań, pisałbym "Dom pod Lutnią" zapewne do dziś.

Warszawa, Mazury, kwiecień - sierpień 2012 r.

Powrót