Powrót

[DREWNIANE MOSTY (2001) – recenzja:]

Kazimierz Orłoś ma już od dawna ustaloną markę jednego z czołowych prozaików polskich. Zdaniem większości krytyków jego proza reprezentuje szeroko rozumiany realizm czy też autentyzm. Byłby to więc nurt, któremu patronowaliby tacy pisarze jak Sergiusz Piasecki, Józef Mackiewicz, Stanisław Rembek, Andrzej Bobkowski czy Marek Hłasko i Marek Nowakowski. Zwłaszcza dwaj ostatni twórcy byliby najbliżsi pisarstwu Orłosia przez charakterystyczną tematykę (…), typowego bohatera (…), „czarny”, pełen pesymizmu, ale i powagi obraz rzeczywistości, wreszcie swego rodzaju antyestetyzm i antyliryzm, niechęć do eksperymentów formalnych, dążenie do maksymalnej rzeczowości, lapidarności, obiektywizmu, a nawet swego rodzaju „reportażowości” w opisywaniu świata. (…)
(…) Orłoś wierny pozostał realistycznemu nakazowi każącemu pisarzowi „widzieć i opisywać” (…). Jednocześnie jednak w utworach (…) coraz silniej do głosu zaczęły dochodzić utajone do tej pory elementy – przede wszystkim subtelny liryzm oraz dyskretna, acz wyraźna, problematyka egzystencjalna, a nawet religijna.
Doskonale widać to w wydanym właśnie , najnowszym zbiorze opowiadań Orłosia. Jego „Drewniane mosty” zbudowane są z dwojakiej jakby materii. Pierwsza, którą reprezentują – wstrząsające - opowiadania jak „Cyganek”, „Aniołek stróż”, „Człowiekopodobny” czy „Bez ciebie nie mogę żyć”, utrzymane w ciemnym kolorycie. Wyłania się z nich czarny portret współczesnej Polski, obserwowanej na mazurskiej , „popegieerowskiej” wsi i warszawskiej ulicy, Polski bezrobotnej, pogrążonej w biedzie i pijaństwie, opuszczonej, okrutnej, głupiej, skażonej złem i bezsilnej wobec zła. Trudno tu zresztą dopatrzyć się jakiejś intencji satyrycznej. Śmiech, który pojawia się przy okazji roz- poczynającej tom „Bitwy pod Kolnem”, heroikomicznym nieledwie opisie pijackiej bijatyki po- między dwiema wiejskimi rodzinami, zamiera na ustach przy lekturze takiego „Cyganka”, historii romansu nastolatków, której ofiarą staje się ich dziecko, porzucone gdzieś nocą przez ojca jednego z „kochanków”. Orłoś pokazuje nam zło współczesnego świata z religijną niemal grozą, która rodzi się z odkrycia, że zło, okrucieństwo nie mają charakteru socjalnego, nie są właściwością tego czy innego ustroju społecznego (ten zmienia tylko „ubiór” zła, z juniorek przebierając je w adidasy), ale nieodłączną, „normalną” jakby cechą naszych czasów, a może i samego – coraz bardziej „człowiekopodobnego” - człowieczeństwa? To wrażenie pogłębia sam sposób, w jaki opowiadane są wspomniane historie – beznamiętny, niemal sprawozdawczy, jakby odrażające czyny, o których tu mowa, były czymś normalnym. Do tego dochodzi sam sposób narracji – narrator opowiadań Orłosia jest kimś pochodzącym ze świata, o którym mówi, jest z nim związany uczuciami, wyobraźnią, wartościami, językiem. Ten ostatni stanowi istotną wartość „Drewnianych mostów”. Orłoś świetnie zresztą porteretuje współczesną polszczyznę w jej najrozmaitszych odmianach – pseudolinteligenckiej, bandyckiej, plebejskiej, prowincjonalnej.
To jedna, „ciemna” jakby strona „Drewnianych mostów”. Ale jest też ich strona inna, „jaśniejsza”, precyzyjnie, na zasadzie jakby kontrapunktu wkomponowana w całość omawianego tomu. Myślę tu o poruszającym „Domu na głowie matki”, monologu małego chłopca do swego nieznanego ojca, opowieści o nieszczęściu i przezwyciężającej je miłości, której znakiem stanie się napotkany na drodze Chrystus. Myślę też o króciutkich prozach Orłosia (np. „Tamte czasy”, „Pięć małych jeży” czy „Inny wymiar”), będących „relacjami” z mistycznych niemal spotkań z mazurską ziemią, jej milczącym pięknem, przez które prześwitywać zdaje się tęsknota za innym, nieskażonym złem wymiarem świata. Owa pochwała urody świata uderza na tle „ciemnej” strony prozy Orłosia, a jej lakoniczna malarskość kazałaby użyć tu pojęcia epifanii.
Sentymentalizm, jakiś tani russoizm? Nie u Orłosia. Przesądza o tym chłodna temperatura jego prozy, nieskorej do wybuchów liryzmu, hołdującej raczej zasadzie „wstydu uczuć”, przywiązanej do konkretu, perfekcyjnie niemal precyzyjnej. Stąd pewnie ów antysentymentalny, antyliryczny liryzm „Drewnianych mostów”, owo dziwne, poruszające czytelnika współgranie w nich zadumy, a nawet przerażenia okrucieństwem świata i zachwytu dla jego piękna oczyszczającego, obmywającego nas ze zła niczym łzy. Stąd pewnie nieprzypadkowo bardzo często uroda świata postrzegana jest w „wodnej” scenerii deszczu, wilgoci, stawów...
Wielka literatura. Każąca myśleć o prozie Bunina, Iwaszkiewicza. Literatura nie drewniana, ale kamienna. Która, jak chcę wierzyć, służyć będzie za trudną pociechę całym pokoleniom.
Maciej Urbanowski, Łzy na kamieniu.
„Nowe Państwo” 2001, nr 47

Powrót