Powrót

[NIEBIESKI SZKLARZ (1996) – recenzje:]

Kazimierz Orłoś napisał jeden ze swoich najlepszych, jeśli nie najlepszy, zbiór opowiadań. (…) Nowe opowiadania (…) lokują się w obrębie dość wyraźnie zaznaczającego się w powstającej u nas po 1989 roku literaturze nurtu „remanentów peerelowskich”, którego realizatorzy (…) wracają do przeszłości, próbując spojrzeć na nią innymi niż do niedawna oczami. (…) Narrator „Niebieskiego szklarza” nie dąży teraz do stworzenia sfabularyzowanego świadectwa zbrodni, dewiacji i głupstw rekonstruowanego czasu. Bodźce ideowe czy polityczne wypierane są na dalszy plan przez estetyczne kryteria doboru i wykorzystania materiału pamięci. (…)
(…) Bohaterem opowiadań Orłosia jest dziecko lub osoba w młodym wieku, wchodząca w trudne i mało dla niej zrozumiałe życie społeczne z totalitaryzmem w tle. Często padające w narracji sakramentalne i refreniczne „pamiętam” nie pozostawia wątpliwości co do tego, o jakie dziecko chodzi. A to narzuca określoną perspektywę: przyjęcie dziecięcego punktu widzenia na prezentowaną rzeczywistość (choćby była ona najgorsza dla dorosłego obserwatora) w nieunikniony sposób łączy się z procesami mitologizacji i swoistej estetyzacji tej rzeczywistości. Wszelkie potworności, ponure realia sfery publicznej i ciemne konkrety życia rodzinno-towarzyskiego przechodzą na dość zobojętniający ich bezpośrednią grozę pułap świadomości właśnie estetycznej, zostają wyretuszowane ze swego jednowymiarowego koszmaru. Zanikają bądź ulegają złagodzeniu wyostrzone kiedyś przez podziały polityczne kontury świata przedstawionego.
Wypadki i mitologie okresu stalinowsko-bierutowskiego potrafią, jak się okazuje, nadzwyczajnie pobudzić wrażliwość i fantazje małego bohatera opowiadań – a te jego wewnętrzne konstrukcje i magia ubezpieczają go nieraz przed doświadczeniem okrucieństwa i zagrożenia. AK-owska przeszłość ojca i ciagłe nachodzenie go przez tajemniczych agentów UB inspiruje dziecięcą wyobraźnię (…). Zabicie w tytułowym opowiadaniu tomu nocą na plaży młodego uciekiniera przez ścigających go WOP-istów nie dostarcza narratorowi podniety do martyrologicznego trenu, ale zostaje w naturalny sposób wtopione w treść i klimat wakacyjnej przygody bohatera i wywołuje w nim odruch wcale nie politycznej (na polityce chłopiec jeszcze się przecież nie rozumie), tylko uniwersalnej refleksji. Przyczynia się też do jego pierwszej metaforycznej iluminacji: I pomyślałem o Bogu pierwszy raz inaczej:o tym szklarzu niebieskim, który wszystko może, jak mówią – dlaczego życie jest takie kruche, dlaczego jest jak szyba, którą każdy może stłuc byle kamieniem? (…)
Narrator, który nie ukrywa swego osobistego zaangażowania, udziału w odtwarzanych zdarzeniach, maluje przywołany, nostalgiczny krajobraz przeszłości subtelnymi, pastelowymi barwami i często bardzo skąpymi kreskami; najwięcej uwagi zdaje się przywiązywać do rekonstrukcji ulotnego, trudnego do przekazania nastroju czasu i miejsca. Tak jakby, niczym u Prousta, kolory, zapachy i smaki najbardziej miały zdecydować o domyśle prawdy i jakby detale oraz przywoływane z głębin pamięci nazwy i pojęcia (…) mogły gwarantować wiarygodność relcji. (…)
Mieczysław Orski, Magia peerelowskich inspiracji.
„Nowe Książki” 1996, nr 1, s. 12-13.

Cztery opowiadania składają się na cykl połączony osobą narratora, kilkunastoletniego chłopca, który obserwuje realia współczesności od końca lat 40. do epoki późnej gierkowszczyzny. (…) Prawdę, bardziej domyślną niż oczywistą, musi sobie na własną rękę rekonstruować. Podpatrzeć, podsłuchać. Pośredniość i niepełność tego procesu jest sitem dodatkowym. Autor je wmontował, aby swojej książce oszczędzić ciężaru dosłowności. (…) Suita lekkich obrazów. System aluzji, jak latarką, omiecenie wystarczająco typowej połaci kraju. Z wykluczeniem epizodów dyskursywnych. Ludzie jacy-tacy, a jednak niebanalni. Zajeżdżone brudne autobusy, wszechobecna degradacja materialnego otoczenia. A z drugiej strony, cudowny kontrapunkt – przyroda! To piękno naturalne czuje autor na wskroś i umie je uzmysłowić.
Zmyliło to wydawców, którzy na obwolucie bąkają coś o „rzadkiej u Orłosia pogodzie”. Nonsens. Pisarz pozostał sobą. Dezawuuje PRL w jego istocie, która jest ponura. Pejzaż i wakacyjne sytuacje mają charakter dyskretnego zabiegu, dzięki któremu idea wewnętrzna książki dociera do czytelnika przez rodzaj filtru, w półgłośnej tonacji. Ten sztafaż dekoracyjny (zresztą u Orłosia pełniący ważne funkcje uczuciowe) pozwala z daleka wyminąć zasadzki retoryki. (…)
[Orłoś] stanowczo stroni od ostentacji, tak jak nie lubi elokwencji. Tylko sam pisarz mógłby powiedzieć, ile mozołu kosztuje ustrzeżenie się przed elokwencją. Dobry czytelnik odczuje prawdziwą satysfakcję, śledząc ten nieśpieszny tok opowieści, jakby tuż nad powierzchnią zdarzeń. Jak lot ważki zatrzymującej się, z zachowaniem dystansu, w upatrzonych punktach. Taki sposób pisania pozostaje w wyraźnej zależności od treści moralnych, które autor w sobie rozwija i chce je dalej przekazać. Widać to w jego przypatrywaniu się konkretnemu człowiekowi, z różnych pięter społecznych. W umiejętności podchwycenia mowy, w wielu odcieniach indywidualnych i środo- wiskowych. Te cechy w jego książkach pociągają najbardziej. Prostota stylu jest odpowiedzią formalną na ocenę wartości życia, których żadne słowo nie przelicytuje. (…)
[Luigi Pirandello] uważał, że pisarzy można podzielić na takich, których charakteryzuje „styl rzeczy” i innych, poprzestających na „stylu słów”. Co to znaczy? Nie ma watpliwości, że funkcją prozy Kazimierza Orłosia jest styl rzeczy.
Zbigniew Florczak, Ta gorzka pogoda.
„Tygodnik Powszechny” z 12 V 1996, nr 19, s.

Powrót