Powrót

[PRZECHOWALNIA (Londyn 1985) – recenzja:]

(…) Ukazała się w Londynie kolejna kiążka Kazimierza Orłosia, kontynuująca jego gogolowską serię obrazów z życia PRL-owskiej prowincji. (…) Rzecz dzieje się w nienazwanym mieście średniej wielkości, w czasie bliżej nieokreślonym, ale nieodległym (z tym, że o „Solidarności” nic w powieści nie słychać) i w sferze wytworzonej przez komunizm „miazgi”, a ściślej - zawiesiny socjalnej, której górną warstwę tworzą partyjno-administracyjni prominenci, a dolną tzw. element, czyli półprzestępcy i półnędzarski margines zglajchszaltowanego społeczeństwa. Cieczą, stanowiącą o jednolitości całości, jest w sensie przenośnym rodzaj sowieckiej tożsamości apetytów na dobra materialne i „bycie ważnym” (oczywiście apetytów małych na dole i dużych na górze), a w sensie dosłownym – wódka. „Przechowalnia” jest groteskową opowieścią o tym, jak owa jednolitość ulega na chwilę zachwianiu i jak wraca szybko do normy.
Tytuł powieści odnosi się do centralnego punktu, w którym krzyżują się różne podwątki: jest nim miejscowa Izba Wytrzeźwień, zwana przez jej bywalców i opiekunów „przechowalnią”. Jest to typowa instytucja ze świata interesujacego Orłosia: prowadzą ją „pielęgniarze”-gangsterzy bijący i okradający dowożonych pijaków i absolutnie bezkarni, ponieważ odprowadzają część zysków „gdzie trzeba”, tzn. do kieszeni miejscowych notabli. W pewnej chwili jednak regularni klienci tej instytucji mają dość i postanawiają zastrajkować: „element” organizuje bojkot knajp i sklepów z alkoholem (też oczywiście podłączonych finansowo do lokalnej mafii partyjnej), co wprawia władzę w popłoch. Sprawa w ich oczach jest równoznaczna z buntem tout court, wprowadzone zostają siły policyjno-partyjno-propagandowe i po pewnym czasie powraca „ład i porządek”. (…)
O jednolitości i sile wrażenia, jakie wywiera proza Orłosia, stanowi nie tyle fabuła, co styl i sposób narracji. Autor opowiada beznamiętnym tonem sprawozdawcy wtopionego w środowisko tak ściśle, jakby żadne inne środowisko i żaden inny język nie istniały i istnieć w ogóle nie mogły, bo żadnej innej rzeczywistości już nie ma. Autor posługuje się nie tyle nowomową w sensie politycznym, co PRL-owskim żargonem codziennym, emanującym z prasy, radia, telewizji i przemówień, nawet gdy nie chodzi o propagandę i partię. (…)
Użycie tego słownictwa (…) uświadamia rozmiar nie tyle „zepsucia języka”, co zmian jakościowych samego społeczeństwa podtrzymującego ten język: tandeta staje się normą. (…)
Przy lekturze „Przechowalni” robi się człowiekowi zimno, co z literackiego punktu widzenia jest oczywiście nie winą, lecz zasługą autora.
Maciej Broński, „Przerwa w spożyciu”.
„Kultura” (Paryż) 1986, nr 11, s. 124-126.

[PRZECHOWALNIA (Poznań 1990) – recenzja:]

Jest miasteczko. W miasteczku gimnazjum, posterunek milicji, komitet partii i izba wytrzeźwień. Są mieszkańcy – dyrektorka szkoły, jej mąż, oprócz nich pierwszy sekretarz Komitetu Miejskiego, komendant miejscowej MO i stały pensjonariusz izby wytrzeźwień nazywany „magistrem” lub dla znajomości pism klasyka filozofii „Marksem”. Schyłek siódmej dekady. PZPR rośnie (widać gołym okiem) w siłę. (…) Do powstającego osiedla partyjnej wierchuszki helikopter dostarcza cement i podłogową klepkę. Miasteczko od lat wiedzie uświęcony oficjalnym rytuałem żywot. Harmonia wszystkich instytucji – dyskretną opiekę sprawuje nad nimi miejscowa SB – przypomina łagodną bajkę.(...) Pewnego dnia, po nocy spędzonej w izbie wytrzeźwień, „Marks” postanowił skończyć z dokonującym się w niej bezprawiem. W barze „Kubanka” oświadczył swoim kumplom, że w „przechowalni” (…) biją i kradną. Heroicznie postanowiono zarządzić bojkot lokali gastronomicznych. Z rozklejonych na murach kartek o faktach dowiedzieli się mieszkańcy miasta. (…) W tym samym czasie w gimnazjum kilku uczniów (…) rozpowszechniło ręcznie pisane ulotki o antypaństwowej treści. (…) Co robi władza? Wykorzystując najlepsze siły i powagę autorytetu, przywraca w miasteczku porządek. (…) Likwiduje pokątne punkty sprzedaży alkoholu, ustala autorów ulotek i wyrzuca jednego z nich ze szkoły. (…) Na cześć zwycięstwa nad wichrzycielami pierwszy sekretarz i pułkownik milicji wydają specjalną bibkę. (…)
Autor rozpoczął pracę nad „Przechowalnią” w 1979 r. Był o krok od chwili, gdy groźna groteska władzy pierwszych sekretarzy nazwana została przez społeczeństwo po imieniu.
Piotr Szewc, Zdarzenie w miasteczku.
„Gazeta Wyborcza” 1990, nr 158, s. 5.

Powrót