Powrót

[TRZECIE KŁAMSTWO (Paryż 1980) – recenzje:]

(…) „Trzecie kłamstwo” zaczyna się podobnie jak „Cudowna melina”: na prowincję przyjeżdża obcy. Ale ten obcy jest inaczej ustawiony życiowo i zawodowo niż roztrzęsiony alkoholik Muszyna. Jest inżynierem, stara się tu o pracę, ma pewność, że ją dostanie. Wybrał prowincję, bo zmęczyła go biurokracja i mieszczanienie w Warszawie. I kończy też inaczej: nie jak Muszyna, zdeptany, lecz zaakceptowany przez miejscową elitę. Moralnie i zawodowo przegrany, życiowo ustawiony.
„Trzecie kłamstwo jest książką programowo antyliteracką i paradoksalnie właśnie przez to ociera się miejscami o złą literaturę. Orłoś, którego (…) zaliczyć można do szkoły Marka Nowakowskiego, wyrażnie oddala się od niego w swoim własnym kierunku. (…) Nowakowski idzie coraz dalej w kierunku stylizacji: różnicuje język narracji i dialogów, wyobcowując narratora z rzeczywistości, o której opowiada. Orłoś odwrotnie: wtapia się coraz bardziej, aż do zaniku narratora, w to, co opisuje. Orłoś w prozie przypomina Barańczaka w poezji. Uporczywie powtarza prawdy, dobrze ilustrowane faktami, o brutalności, zakłamaniu, klasowości i nudzie socjalizmu. I wybiera do tego celu prozę sterylną, styl reportażowy, niezaskakujący, płytki. (…)
„Trzecie kłamstwo” jest w swej formie powieścią niemal socrealistyczną. Błąd autora – literacki, nie merytoryczny – polega, jak się wydaje, na tym, że napisał ksiażkę o gotowych postawach, a nie o charakterach w rozwoju. „Trzecie kłamstwo” jest powieścią z tezą, a powieści z tezą trzeba ilustrować ewolucją postaci. Orłoś czyni to zresztą, ale skrótami i w sposób reportażowy. Odrzucił psychologię, a raczej wybór formy narracji uwolnił go od niej. (…)
W „Trzecim kłamstwie” staje się oczywiste, że system dla wielu stał się bardzo wygodny i że w żadnym innym systemie ta ogromna już kadra ludzi szarpiących postaw sukna nie miałaby się tak dobrze. Dla wszystkich w tej książce (…) liczą się tylko i wyłącznie wartości materialne: pieniądze, a za pieniądze towary. Nigdzie, w żadnym kapitalizmie człowiek nie jest tak urzeczowiony jak tutaj. Nawet słodki smak władzy jest tylko przyprawą do garnituru mebli z NRD. Obiekt przemysłowy, który budują, nie jest żadną wartością, bo dyrekcja zdaje sobie sprawę, że ta budowa powstała z nonszalanckich wobec rzeczywistości sloganów, a nie z możliwości i potrzeb terenu. (…) Jeśli ta książka nie mogła ukazać się w Polsce – choć nie wiem, czy Orłoś starał się o to po doś-wiadczeniach z „Cudowną meliną” - to chyba właśnie przez swoją aliterackość. Przez „gołe fakty”, których socjalizm znacznie bardziej się boi niż „Beckettów”. Więc może nie mam racji, wyrzucając pisarzowi, że rezygnuje z dobrodziejstw literatury pięknej.
Janina Katz Hewetson, Widziane z dołu.
„Kultura” (Paryż) 1980, nr 6, s. 138-144.

(…) Orłoś napisał, i jest jasne, że chciał napisać, klasycznego „produkcyjniaka”. Z budową, betonem i żwirkiem w roli głównej. A czyta się tę powieść jak dreszczowiec, jak się kiedyś oglądało film „Cena strachu”, w którym wszystko kręciło się wkoło ciężarówek i transportu. Wniosek stąd chyba ten tylko, że nuda produkcyjniaków „minionego okresu” (…) wynikała nie z tematu, ale z metody. O znanej nazwie i definicji „przedstawiania rzeczywistości nie jaka jest, lecz być (z socjali-stycznego zaplanowania) powinna”. Orłoś opisał ją, jaką jest. P. Katz Hawetson natomiast nazwała ją „nieomal socjalistyczną”. Trudno o większe nieporozumienie.
Domyślam się, że pani J. Katz Hewetson lubi „formalizm”, a nie lubi „realizmu”. Jej prawo. Lepiej byłoby jednak, by ów nielubiany nazywała utartym (acz umownym) imieniem zamiast „aliterackością” czy „rezygnacją z dobrodziejstw literatury pięknej”. Lepiej, bo jaśniej dla czytelników recenzji, a sprawiedliwiej dla powieści. Dobry „realizm” w literaturze jest zmyślaniem bez fałszowania. A więc uczciwość + znajomość rzeczy + imaginacja. Konfiguracja nader trudna i dlatego zapewne tak rzadko się zdarza dobra powieść realistyczna. Czy to wystarczający powód, by odmówić jej miejsca w literaturze pięknej? I to akurat wtedy gdy się komuś udała?
O to właśnie chodzi: udała się Orłosiowi, czy nie udała? Pani J. Katz Hewetson twierdzi,że się nie udała, bo „Orłoś odrzucił psychologię”. I na poparcie zarzutu dekretuje recepty na powieść psychologiczną. Za długo by było kwestionować punkt po punkcie niewzruszoność jej przepisów; z powoływaniem się na Prousta, Dostojewskiego, Stendhala i wszystkich świętych psychologicznych. Wystarczy chyba to, że czytając „Trzecie kłamstwo”, „widzimy jak żywych” wszystkich niebohaterskich bohaterów opowieści, nie mylą nam się, a jest ich sporo. A później korci nas, żeby pod symulację tego, tej i owego podstawiać naszych znajomych. Zwłaszcza tych najlepiej widzianych „gości z Polski”, co potrafili się jakoś „urządzić” bez brudzenia rąk (dosłownie i w przenośni) (…). (…) Powieść z tezą? Jak chce pani J. Katz Hewetson? - Raczej powieść do refleksji. Czyta się ją prędko, a nawraca myślami do niej długo. (…)
(…) Nasuwa się pytanie: który z socjalizmów bardziej degradował człowieka? Ten z batem, czy ten obłaskawiony? Ten łamiący, czy ten korumpujący? Być może, myślę, taki prawdziwie realistyczny produkcyjniak z tamtego okresu [stalinizmu] budziłby więcej współczucia dla łamanych i wyłamywanych sumień. I ci jednak z „Trzeciego kłamstwa”, małe kanalie, półkanalie, ćwierćkanalie i nieświadome kanalie budzą litość. Dla jedynej wartości, łaskawie im rzuconej i łapczywie pochwyconej – przywileju imitacji zachodniego stylu życia. Kiczowatego, w samej rzeczy, ale to już nie z winy Orłosia. Zasługą natomiast jego dojrzewającego talentu, a może formy, jaką tym razem wybrał, jest owa – być może niezamierzona – litość. Postaci z jego poprzedniej powieści budziły tylko odrazę. Pani J. Katz Hewetson tamtą stawia wyżej, i w tym się nie zgadzamy:
„Cudowna melina, książka o korupcji i wódce, kończy się klęską dobrego i zwycięstwem złego. Ale pozostawia złudzenie, że gdyby odważnych i uczciwych było więcej, być może udałoby się zreformować i oczyścić socjalizm”.
- Co więcej warte? - pytam ja. Prawda czy fabrykacja złudzeń?
Barbara Toporska, W obronie Orłosia.
„Kultura” (Paryż) 1980, nr 9, s. 121-123.

[TRZECIE KŁAMSTWO (Warszawa 1990) – recenzje:]

Proza Kazimierza Orłosia jest irytująca. Irytuje absolutną prostotą, surowością i precyzją obrazów, oszczędnością każdego opisu. Irytuje swoim konserwatyzmem w konstruowaniu fabuły, w której wszystko ma swój początek i koniec, wszystko jest uzasadnione i dopowiedziane, skutki wiążą się z przyczynami. (…) A jednak trudno zapomnieć o tym pisarstwie, jeśli tylko pokona się pierwsze, często zewnętrzne bariery, jeśli przełamie się w sobie niechęć do literatury, która nie chce tworzyć światów innych niż ten, którego codziennie doświadczamy. (…)
U Orłosia to, co szare i nijakie, jest takie, jakie jest. Rozpacz, bezsens, głupota, bezsilność – nie wymagają dziesiątków słów. Są zawarte w świecie, jaki się widzi, w zdarzeniach, które się opisuje. (…) Te uogólniajace uwagi odnoszą się w zupełności do „Trzeciego kłamstwa” - powieści znanej od dość dawna czytelnikom obiegu nieoficjalnego, a dziś wydanej przez „Iskry”. Z całą pewnością wielu czytelników odnajdzie w niej schematy, mianowicie gotowe wzorce tzw. powieści produkcyjnej. Obecność tych schematów, obciążonych przecież i ideologicznie, i estetycznie, zakłóca lekturę, czyni ją trudniejszą, choć zarazem – co paradoksalne – zmusza do większej powściągliwości w generalizacjach. Proza poświęcona pracy, osadzona w realiach budowy, fabryki, pokazująca codzienne życie ludzi tam pracujących i problemy, jakie ono niesie – zawsze będzie kojarzona z socrealizmem.
To przekleństwo tematu, skaza niemożliwa już chyba do usunięcia. Nic przeto dziwnego, że próbowano – z miernym zresztą skutkiem – „ratować” ów temat dla literatury współczesnej, wskazując np., że można o produkcji gwoździ pisać techniką monologu wewnętrznego lub nouveau roman. Próbowano także termin „powieść produkcyjna” zastąpić określeniem „powieść o pracy” - odrywając rzekomo sam temat od zużytych, źle się kojarzących kontekstów. (…)
Z „Trzecim kłamstwem” Orłosia jest zupełnie inaczej. Autor zdaje się nie liczyć z pułapkami stwarzanymi przez literacką przeszłość tematu. Po prostu wie, że inaczej nie można, że nie ma sensu za pomocą formalnych wybiegów czynić przedstawianą rzeczywistość inną, niż jest. Nie ma też Orłoś zamiaru tworzyć antymitu: to nie jest literatura krzyku, walki, nienawiści. W ten sposób nie udałoby się nigdy postawić diagnozy tak trafnej i tak gorzkiej, a zarazem nie sformułowanej w języku publicystycznych oskarżeń, tylko zawartej w surowym, ascetycznym opisie faktu. Poświadczonego sobą, poświadczonego własnym przeżyciem szarości.
Owa szarość jest dominantą powieści. Bierze się ona nie tylko z barwy betonu, betonowego morza, jakim jest opisywana przez Orłosia budowa. To nie tylko barwa domów, „bloków”, w jakich żyją, kochają się, przeżywają swoje dramaty bohaterowie „Trzeciego kłamstwa”. Nie jest ona także synonimem znijaczenia, bylejakości, pospiesznej prowizorki widocznej w przedmiotach, w krajobrazach, nawet w stosunkach między ludźmi. Szarość jest w każdym z nas – tak właśnie, jak w każdej postaci „Trzeciego kłamstwa”. Ona nas dusi, zalewa, czyni każdą wartość wątpliwą. Nie dopuszcza, by gesty, słowa, postępki miały sens właśnie taki, jak zamierzyli to ludzie. Wszystko załamuje się w szarości: gesty i słowa chybiają, czyny stają się „nie-do-czynami”. Jaka jest natura szarości? Co sprawia, że zwycięża?
Są to pytania dla Orłosia najważniejsze. „Trzecie kłamstwo” porusza to, co najważniejsze i zarazem najbardziej drażliwe w ludzkiej świadomości: poczucie odpowiedzialności za zło. (…) Jak to się działo, że zło – zło tkwiące w systemie regulującym polską rzeczywistość – mogło utrzymywać się tak długo? To nie tkwi przecież w diabelskiej sile jakichś abstrakcyjnych ONYCH (w powieści Orłosia ONI pojawiają się jakby migawkowo, epizodycznie). Trwanie, rozszerzanie się, swoisty sukces zła obciąża także NAS. To MY system ów oswoiliśmy, zaakceptowaliśmy jako normalność, uwiliśmy sobie w nim własne gniazdka. Wytłumaczyliśmy sobie i swojemu sumieniu, że „inaczej się nie da”. Obudowaliśmy zło w ramy „poczucia realizmu”, w mit geopolityki, daliśmy się sparaliżować tezie, iż ten system można wyłącznie ulepszać, a nie po prostu odrzucić. (…)
Różnicą, jaka powieść Orłosia dzieli od typowych utworów socrealistycznych, jest brak czarno-białych podziałów, tych wyrazistych linii oddzielających wartości akceptowane od odrzucanych. Tu wszystko jest szare. Może być dobre – a może być też złe. Nie ma postaci jednoznacznie negatywnych: wszyscy mają w sobie tę elementarną uczciwość , która każe im dostrzegać np. bezsens niektórych własnych działań, własne ubezwłasnowolnienie i ograniczenia. Ale to minimum uczciwości Orłoś kwestionuje: z tego kwantu niezależności nie promieniuje żadna energia. Przeciwnie: ludzie starają się – każdy inaczej, według własnych możliwości – ową energię zdławić w sobie. Boją się, że spowoduje ona destrukcję świata, jaki z takim mozołem wznieśli. Pozwalają przeto, by szarość zwyciężyła.
W „Trzecim kłamstwie” nie ma ofiar i nie ma sprawców ich cierpienia. Każdy jest ofiarą, bo każdy jest własnym oprawcą. (…)
Bohaterowie powieści Orłosia są jakby w nieustającej pogoni i ucieczce – za czymś, co pozwoli wyrwać się z szarości, przeżyć bodaj chwilę złudzenia, że się wygrało. Ich marzenia: mieszkania w ponurych blokach, urządzone kosztem horendalnych wyrzeczeń. Rodziny, dzieci, domy, żony, wycieczki połączone ze szmuglem. Wreszcie i to umiera, dławi się szarością. Więc miłości, pośpieszne, bylejakie, romanse tandetne, ukrywane i jawne. To polskie marzenia o tym, co absolutnie własne, niepowtarzalne, jedyne. Złudzenie wolności. To powieść o poszukiwaniu wyjścia z szarego labiryntu, mającego z pozoru tysiące wyjść, a każde z nich fałszywe. Każde bowiem i tak doprowadzi do kolejnej szarej ściany. Więc ucieka się dalej, gna na złamanie karku. W kolejną szczelinę, kolejną nadzieję,że gdzieś jest to upragnione INNE. Zacząć od początku, wyzwolić się, wyrwać, skończyć z życiem dawnym, zacząć nowe... I wszystko na nic. (…) Wszystko jest skażone tym samym: nie jest spełnieniem marzenia o sobie samym. O tym, że ma się naprawdę jakiś cel i sens, nadzieję inną niż jedzenie, spanie, picie wódki, pracę, rozmnażanie. Nadzieję na inność – ponad szarością... Złudzenia. Orłoś przekonuje powieścią,że wszystko jest złudzeniem. Nawet bunt. Bo i bunt zostanie pochłonięty przez szarość, ośmieszony, odrzucony jako dowód „niedojrzałości” i „braku realizmu”. (…) „Notatki z szarości” nie utracily swojej aktualności także w dzisiejszych polskich realiach. Przeciwnie – zyskały dzięki nim głębszy, niekiedy wręcz przewrotny sens.
Z dużą łatwością we współczesnej publicystyce próbuje się przenieść na polski grunt wzorzec osobowości zwany homo sovieticus, by poprzez niego tłumaczyć to, co działo się z nami przez czterdzieści kilka minionych lat. Nie jest to wcale takie oczywiste. Cechy homini sovietici, wywiedzione z radzieckiej literatury dysydenckiej, nie wypełniają tego, co w znacznym stopniu udało się pokazać Orłosiowi w „Trzecim kłamstwie”. Zresztą drobna, epizodyczna scena z zahukaną Rosjanką, uczestniczącą w drobnomieszczańskich polskich imieninkach, wskazuje na charakter owych różnic. Ich opisanie wymagałoby jednak wielkiego eseju. A może nie? Może wystarczą właśnie gorzkie, przenikliwe „notatki z szarości”?
Zbigniew Bauer, Notatki z szarości.
„Nowe Książki” 1991, nr 2, s. 3-4.

(…) Kazimierz Orłoś w „Trzecim kłamstwie” opowiada o infantylnym u d a w a n i u, że się pracuje, buduje, przekracza plany, osiąga sukcesy. W tę grę pozorów, narzuconą przez system, wciągają się nie tylko cwaniacy, karierowicze, cynicy, ale także ludzie pełni zapału i dobrej woli. Wszyscy wszystko fuszeruja. Doskonała jest tylko sztuka oszukiwania.
Czyta się tę książkę ze smutnym niedowierzaniem. Więc aż tak byliśmy skłonni do kłamstw, małości, intryg, zawiści i nieprawdopodobnej głupoty? Jakże mogliśmy latami słuchać tamtej mowy-trawy, udawać pracę nie pracując, udawać zaangażowanie w nic nie wierząc, udawac trzeźwych bez przerwy pijąc? Tylu zwykłych, normalnych ludzi dało się otumanić, zdemoralizować, wciągnąć w „układy”? (…) Więc to polskie życie na niby było tak powszechne? Było? (…) Odkładając „Trzecie kłamstwo”, bądźmy mniej łatwowierni.
Helena Zaworska, Życie na niby.
„Gazeta Wyborcza” 1990, nr 207, s. 5.

Powrót